Zoomerzy i powrót „metalu” w latach 20. XXI wieku: co się stało z pierwszym „cyfrowym pokoleniem”?

  1. Główna
  2. Życie
  3. Kultura
  4. Zoomerzy i powrót „metalu” w latach 20. XXI wieku: co się stało z pierwszym „cyfrowym pokoleniem”?
Zoomerzy i powrót „metalu” w latach 20. XXI wieku: co się stało z pierwszym „cyfrowym pokoleniem”?
Эксклюзив
23:00, 19.08.2026

Od deficytu do algorytmu

Koniec lat 90., początek dwutysięcznych to czas, kiedy muzyka była częścią tożsamości. Wtedy prawie wszystkich dzielono na „gopników” i „nieformalnych” – z jednej strony osiedlowi dresiarze, z drugiej wszyscy, których wygląd i gust sytuowały poza mainstreamem. Ci drudzy mieli w Kijowie 2 refugia – miejsca, gdzie było bezpiecznie i wygodnie. To sklep muzyczny „Domino” za Pasażem i „MoonCore” na ulicy Worowskiego.

Wizyta w każdym z nich przypominała akt religijny, tak w formie, jak i w odczuciach. Komunię przyjmowało się tam darami „ciężkiego metalu” – kasetami, które kosztowały od 1,5 do 2 hrywien. Dla porównania: paczka papierosów kosztowała od 0,5 do 1 hrywny, a średnio zamożny student mógł w tygodniu dysponować sumą 15–20 hrywien.

„Domino” było niewiarygodnie patetycznym i na swój sposób barokowym „miejscem mocy”, drogim jak diabli i raczej witrynowym niż użytkowym. Za to z „Mooncore’a” rzadko wychodziłem bez kasety Exploited, Otyg, Kreator i tym podobnych.

Warto zauważyć, że większy niż deficyt muzyki był wtedy deficyt informacji. Bo czym innym jest zapytać sprzedawcę i kupić coś zgodnie z jego rekomendacją, a czym innym – rozumieć, kogo się kupiło.

To dziś jedno dotknięcie AI daje melomanowi informacje, na których poszukiwanie kiedyś szły miesiące. Internet dopiero się pojawiał, był bardzo wolny, drogi i mało treściwy. A muzyka mimo wszystko miała ten sam protestacyjny vibe, który – jak mi się wydawało – skończył się wraz z młodością mojego pokolenia.

I być może największa ironia polega na tym, że pokolenie, które nie musi już miesiącami szukać ani muzyki, ani informacji o niej, nagle znów znajduje w starym metalu ten ładunek protestu, który nam wydawał się na zawsze przywiązany do naszej młodości?

Nowe pokolenie starego metalu

Tymczasem dosłownie w ciągu 20 lat, na początku lat 20. XXI wieku, w dziedzinie „ciężkiej muzyki” dzieje się coś paradoksalnego. Mianowicie: pokolenie, które wyrosło ze smartfonem w ręku, ze streamingiem, TikTokiem i praktycznie nieograniczonym dostępem do muzyki różnych epok, zaczęło odkrywać gatunki ukształtowane na długo przed jego narodzinami. Chodzi nie tylko o renesans popowatego nu metalu, lecz także o klasyczny heavy, speed, power, thrash, death i black metal.

Jedną z oznak odrodzenia zainteresowania muzyką ekstremalną jest pojawienie się młodych zespołów, które świadomie sięgają po brzmienie i obrazowanie lat 80. i 90. A na koncertach pojawia się publiczność, która nie zastała ani rozkwitu Iron Maiden, ani pierwszej fali norweskiego blacku, ani złotego okresu amerykańskiego death metalu.

Nazwanie tego zwykłym „powrotem metalu” byłoby jednak banalną przesadą. Powód jest taki, że metal nie wypiera popu ani rapu i nie wraca na dawne miejsce w kulturze masowej. Socjologicznie poprawniej mówić o „renesansie subkultury metalowej” i jej „odnowieniu pokoleniowym”.

W ramach tych dwóch zjawisk stare gatunki dostają nowych słuchaczy i muzyków, a cyfrowe pokolenie przebudowuje sposób ich konsumpcji. W szczególności osłabia granice gatunkowe, zmienia reguły przynależności subkulturowej i jednocześnie przywraca wartość żywemu koncertowi, nośnikom fizycznym, analogowemu brzmieniu, ręcznej grafice i lokalnej scenie.

Właśnie ten paradoks – cyfrowe pokolenie zaczarowane analogową przeszłością – jest centralnym tematem tego tekstu.

Paradoks metalowego renesansu lat 20. XXI wieku polega nie tyle na powrocie starej muzyki, ile na pojawieniu się nowego pokolenia, które znajduje ją przez cyfrowe algorytmy, ale ceni w niej dokładnie to, czego brakuje cyfrowemu światu: materialność, żywą wspólnotę, niedoskonałe brzmienie i poczucie subkulturowej odrębności.

Muzyka bez deficytu i granic

Pokoleniem Z zwykle nazywa się ludzi urodzonych mniej więcej od drugiej połowy lat 90. do początku lat 10. XXI wieku. Te granice są bardzo umowne, ale dla poważnej rozmowy o muzyce ważniejsze jest co innego. Mianowicie – w odróżnieniu od tych, którzy polowali na kasety w Kijowie końca lat 90., to pokolenie nie zastało rewolucji technologicznej. Dla niego sieci i streaming to organiczne środowisko istnienia.

Właśnie ten moment radykalnie zmienia punkt wejścia w to środowisko. W moim pokoleniu w 90% przypadków nastolatek dowiadywał się o zespole od rówieśników. Czasem z telewizyjnej listy przebojów „Hit-rik”. Jedna z 5 cotygodniowych piosenek była z gatunku „rock plus”.

Ale mimo to swoje znaczenie miały geografia, pieniądze i lokalna subkultura. Jeśli mieszkałeś w małym mieście powiatowym, miałeś ograniczone środki i niechętny stosunek rówieśników do twoich gustów – sama konsumpcja produktu kulturalnego stawała się trudno dostępna i często ryzykowna. Ty polowałeś na muzykę, a krótko ostrzyżeni chłopcy w „adidasach” i czapkach „North” – na ciebie.

Dzisiejszy nastolatek może w ciągu jednego wieczoru przejść od Black Sabbath do Judas Priest, Venom, Bathory, Mayhem, Morbid Angel, Blind Guardian i współczesnego undergroundu. Dzięki współczesnym technologiom historia muzyki dawno przestała być liniowa. I co najważniejsze – jest bezpieczna. W gruncie rzeczy, tak jak w sytuacji z niegdyś dość deficytowymi książkami, konsumpcja produktu kulturalnego jest bezgraniczna, bezpieczna i inkluzywna. Takie jej wyznaczniki jak lokalność, niebezpieczeństwo i ekskluzywność – należą do przeszłości.

Może dlatego brytyjski raport BPI opisywał współczesnych młodych słuchaczy jako „wszystkożernych”. Z jednej strony wierność gatunkowa nie zniknęła. Z drugiej – wybór utworu zależy od nastroju i emocji. A z trzeciej – starych nagrań nie trzeba szukać, dawno są zdigitalizowane i dostępne.

Ten moment jest głębszy, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Przykład: dla „thrashera” albo „punka” z mojego pokolenia między Black Sabbath z 1970 roku, Painkillerem Judas Priest z 1990 i De Mysteriis Dom Sathanas Mayhem z 1994 leżą dziesięciolecia osobistej historii.

Dla dzisiejszego szesnastoletniego słuchacza odległość między nimi praktycznie nie istnieje. W ten sposób powstaje dość ciekawy efekt „kompresji czasu muzycznego”. W jego przestrzeni stare nie jest cechą wieku, a analogowe brzmienie – po prostu inną estetyką.

Dlatego główna różnica między zoomerem a „metalowcem” lat 90. polega nie po prostu na łatwiejszym dostępie do muzyki: cyfrowe środowisko skompresowało czas muzyczny na tyle, że Black Sabbath, Mayhem i współczesny underground znalazły się w jednej kulturowej teraźniejszości, gdzie „stare” oznacza już nie wiek, lecz tylko jedną z dostępnych estetyk.

Z powrotem w przeszłość, ale bez nostalgii

Jeśli przez renesans rozumieć powrót „metalu” na szczyt kultury masowej – to chyba nie. Oczywiste jest, że pop, rap i inne współczesne gatunki mają znacznie większą publiczność.

Ale jeśli patrzeć na „metal” jak na ekosystem – obraz jest inny.

Po pierwsze, weterani pokroju Metalliki, Iron Maiden i Judas Priest nadal zapełniają stadiony.

Po drugie, nowsze zespoły depczą im po piętach i też aspirują do wielkich aren.

Ale najciekawsze zmiany zachodzą właśnie w undergroundzie. Tam, gdzie formuje się NWOTHM – New Wave of Traditional Heavy Metal. Jego zasadnicza różnica wobec poprzedniego modelu rozwoju gatunku polega na tym, że nowe pokolenie nie szuka siebie przez zaprzeczenie staremu. Chodzi raczej o restaurację i przemyślenie na nowo muzycznego doświadczenia rodziców. Czegoś, co jest odbierane nie jako muzealny eksponat, lecz jako materiał do nowego cyklu.

Renesans „metalu” zachodzi nie jako powrót gatunku na szczyt kultury masowej, lecz jako uruchomienie nowego cyklu wewnątrz samej sceny, gdzie przeszłość przestaje być muzealnym eksponatem i znów staje się materiałem do tworzenia współczesnej muzyki.

Od pamięci do żywej sceny

Bez wątpienia formuła „zoomerzy przywrócili metal” jest zbyt prosta. Choćby dlatego, że renesans poszczególnych nurtów nastąpił wcześniej. Te same NWOTHM i old-school death metal revival kształtowały się jeszcze przed latami 20. W tym samym czasie starsi muzycy, kolekcjonerzy, wytwórnie, festiwale i lokalne sceny przez dziesięciolecia podtrzymywały gatunki.

Niemal rewolucyjna rola Gen Z w tym procesie jest inna – zapewnia ono pokoleniową kontynuację kultury. Tej, która mogła zamienić się w scenę własnej pamięci.

Właśnie dlatego, jeśli na Iron Maiden przychodzą tylko ludzie, którzy słuchali zespołu w 1985 roku – to nostalgia.

A kiedy człowiek urodzony w XXI wieku przychodzi na koncert, a potem zakłada własny zespół death metalowy – to już kulturowa reprodukcja.

Jest wersja, że przekaz zaczyna się w rodzinie. Że pierwotnym impulsem, który rodzi zainteresowanie „metalową klasyką”, są rodzice. A dopiero potem dochodzą cyfrowe platformy i proponują towar na każde ucho.

Chodzi przede wszystkim o to, że dawne trasy się skracają i dziś do udziału w subkulturze trzeba mieć tylko internet. Wraz z tym znika to, co kiedyś tak przyciągało – ekskluzywność. Ta ważna, a miejscami wręcz magistralna część obok tożsamości muzycznej. Są w tym plusy i minusy. Z jednej strony brak ekskluzywności obniża próg wejścia w temat i zjawisko. Z drugiej – słabnie tak zwana „dyscyplina subkulturowa”. Żeby się kimś nazwać, nie trzeba już nim być. Można po prostu słuchać muzyki.

Rewolucyjność Gen Z polega nie na tym, że przywróciło ono metal, lecz na tym, że nie pozwoliło mu zamienić się w subkulturę własnej pamięci. Obniżając próg wejścia i burząc dawną ekskluzywność, nowe pokolenie jednocześnie zapewniło jej najważniejszy warunek przetrwania – zdolność do odtwarzania siebie poza pokoleniem swoich założycieli.

Pokolenie, które podchwyciło „metal”

Nie ma jednej przyczyny zjawiska, o którym mówimy. Jest zestaw przypuszczeń, z których każde ma prawo do istnienia.

  1. Streaming zniszczył deficyt. Dziś, żeby zanurzyć się w dowolne zjawisko kulturowe, nie trzeba chodzić na imprezy. Wystarczy telegram, Reddit albo GPT. Jedynym problemem wytworów kultury jest ich marketing. Trudno go rozwijać w warunkach nadzwyczajnej nadpodaży czegokolwiek. „Metalu” też.
  2. Dystans pokoleniowy. Dotyczy to przede wszystkim archetypów „sceny metalowej” lat 80. i 90., tych wszystkich wysokich wokali, fantasy na okładkach i tak dalej.
  3. Reakcja na cyfrową sterylność. W kulturze japońskiej istnieje pojęcie „wabi-sabi” – zdolność widzenia piękna w niedoskonałym. Dotyczy to przede wszystkim niedostatków technicznych, braku „lampowego ciepła”: lo-fi, analogowego szumu, prymitywnej okładki itd. Czegoś, co pozwala choć na sekundę skupić się na drugorzędnym i przerwać strumień konsumpcji.
  4. Emocjonalna funkcja ciężkiej muzyki. Agresywne brzmienie to nie tylko wyznacznik gniewu, lęku i frustracji. Często to również trampolina do basenu rozładowania i katharsis.
  5. Potrzeba realnej wspólnoty. Koncerty i festiwale dają tak deficytowe dziś doświadczenie fizycznej obecności.
  6. Eskapizm. Poza wszystkim innym ciężka muzyka to również – choćby chwilowa – ucieczka od rzeczywistości w świat mitologii, średniowiecza i tym podobnych przednowoczesnych archetypów. Prawdopodobnie cały album może stać się kotwicą w morzu fragmentarycznej konsumpcji rolek i tiktoków.

Nowe zainteresowanie „metalem” można rozpatrywać jako paradoksalną odpowiedź cyfrowego pokolenia na jego własne środowisko: nieograniczony dostęp doprowadził je do muzyki przeszłości, a wśród nieskończonego strumienia treści szczególnie atrakcyjne okazały się właśnie jej niedoskonałość, radykalizm, całościowość i zdolność do tworzenia realnego doświadczenia.

Od czterdziestominutowego albumu do fizycznej obecności w koncertowym tłumie.

TikTok i spółka: nowi promotorzy starej subkultury

Mimo tysięcy filmików ze starymi, dobrze znanymi mojemu pokoleniu zespołami rola TikToka jest przesadzona. Tak, TikTok to dom z tysiącami, milionami drzwi. Ale jego skrajnie krótki format wskazuje na brak sceny za nimi. TikTok to konceptualna fragmentaryczność. Sceny trzeba szukać gdzie indziej.

Media społecznościowe stworzyły nowego pośrednika – metal influencera. Gitarzyści, wokaliści, kolekcjonerzy i fani mogą zapoznawać dużą publiczność z ciężką muzyką bez tradycyjnej prasy muzycznej. Ale w tym niezwykle rozgałęzionym ekosystemie TikTok jest tylko jej częścią.

Kiedyś, żeby posłuchać muzyki, trzeba było pożyczyć albo kupić kasetę. Dziś rolę kolegi, imprezy, czasopisma, a nawet strony internetowej grają algorytmy. One „radzą”, czego słuchać dalej. Przezornie i nienachalnie prowadzą za rękę i proponują zapoznać się z towarem tu i teraz. W cenie, o której kiedyś można było tylko marzyć – za odrobinę twojej uwagi.

Oczywiście algorytmy mogą ujednolicać kulturę, a mogą doprowadzić do „króliczej nory” niszy.

Można zatem twierdzić, że TikTok nie stworzył „metalowego renesansu”.

Jego funkcja w odrodzeniu zainteresowania gatunkiem jest skromniejsza i jednocześnie niedoceniona. Skrócił drogę między przypadkowym, algorytmicznym kontaktem z ciężką muzyką a wejściem w tę przestrzeń, w to pytanie, w samą scenę.

TikTok nie stworzył „metalowego renesansu” i nie zastąpił samej sceny – on tylko radykalnie skrócił do niej drogę, zamieniając trasę od przypadkowo usłyszanego riffu do zanurzenia w gatunku. Z wieloletnich poszukiwań w kilka algorytmicznych przejść.

Skrajna prawica, antyfaszyści i nowe pokolenie „metalu”

Wbrew stereotypowym wyobrażeniom jednolita „ideologia metalu”, na przykład taka jak „satanizm”, nie istnieje. Różne odmiany „metalu” mają różne historie, a wewnątrz każdego gatunku współistnieją przeciwstawne stanowiska polityczne. I to przy tym, że znaczna część sceny pozostaje zasadniczo apolityczna. Jednocześnie są oznaki, że w latach 20. XXI wieku konflikty polityczne wewnątrz „metalu” stały się bardziej widoczne.

Rzecz w tym, że „metal” tradycyjnie kultywował tak zwaną „transgresję” – łamanie tabu, zakazane symbole, tematy przemocy, śmierci i wojny. Jednym z najbardziej problematycznych następstw transgresji stało się pojawienie się NSBM – National Socialist Black Metal, gdzie neonazistowska i rasistowska ideologia była nie dekoracją, lecz treścią. Nie wynika z tego jednak, że black metal jest skrajnie prawicowy. Przeciwnie, w latach 10. i 20. XXI wieku równolegle z neonazistowskimi rozwijały się antyfaszystowskie, anarchistyczne, feministyczne i inne lewicowe segmenty ekstremalnego metalu.

Dlatego, tak jak i kiedyś, współczesną scenę słuszniej nazwać spolaryzowaną. Choć – i to jest ważne – odrodzenie starej formy muzycznej nie oznacza automatycznego powrotu wszystkich norm społecznych tamtej epoki.

W rzeczywistości polityczny wymiar nowego zainteresowania młodzieży metalem pozostaje niemal niezbadany. W szczególności nie ma reprezentatywnych danych, które pozwalałyby ustalić, czy zoomerzy-metalowcy skłaniają się bardziej ku prawej, czy ku lewej części spektrum politycznego.

Jednocześnie wchodzą oni na scenę, na której konflikt polityczny już istnieje. Na jednym jej biegunie – ukształtowana jeszcze w latach 90. tradycja National Socialist Black Metal i związane z nią transnarodowe sieci skrajnej prawicy; na drugim – Red and Anarchist Black Metal, środowiska antyfaszystowskie, antyrasistowskie i queer.

Dlatego powrót metalu wśród młodego pokolenia potencjalnie oznacza nie tylko odrodzenie gatunku muzycznego, lecz także nowy etap walki o polityczne znaczenie subkultury metalowej.

Zoomerzy wchodzą nie w politycznie sterylną subkulturę, lecz w od dawna spolaryzowane pole. Odtwarzając brzmienie przeszłości, wcale nie są jednak zobowiązani dziedziczyć jej polityki – i właśnie walka o to, co ze starego metalu zostanie zachowane, a co odrzucone, może stać się jednym z głównych konfliktów nowego pokolenia sceny.

Być „metalowcem” bez zdawania egzaminu

Klasyczna subkultura często budowała się na gatekeepingu. Jego sens polegał na tym, że adept musiał udowodnić, że jest „prawdziwy”. Trzeba było do tego znać i słuchać „właściwych” zespołów, odróżniać underground od komercji, „true” od pozerów.

Dla gatunków, które a priori przeciwstawiały się kulturze popularnej, zawsze było to ważne. Ale dziś ten model przeżywa nie najlepsze czasy. Powód tkwi w muzycznej „wszystkożerności”, która niczym kwas wyżera starą zasadę subkulturowej czystości.

Nie, to nie znaczy, że tożsamość subkulturowa znika. Dopóki są zewnętrzne atrybuty w postaci włosów, kolczyków, koszulek itd. – jest to niemożliwe i niepotrzebne. Po prostu dziś wszystkie te symbole stają się coraz bardziej uniwersalne i coraz rzadziej wymagają całkowitego podporządkowania jednej subkulturze. Zoomerzy rozdzielają estetykę i dyscyplinę sceny. Tę pierwszą chętnie przyjmują, tę drugą – znacznie mniej.

Prawdopodobnie coś podobnego dzieje się z polityką. Na scenie tradycyjnie obecne są 3 główne nurty: prawicowy, lewicowy i apolityczny. Ale w sytuacji zaangażowania w nie zoomerów chodzi raczej o zmianę reguł interakcji społecznych niż o zwycięstwo którejś z ideologii.

Część młodych słuchaczy przenosi do „metalu” uwagę dla inkluzywności, rasizmu, seksizmu i bezpiecznej przestrzeni, ale błędem byłoby automatyczne ogłaszanie metalowców z Gen Z lewicowcami. Black metal zachowuje segment skrajnie prawicowy, istnieją sceny apolityczne, a traditional metal często obraca się wokół muzyki, fantasy i historycznego obrazowania bez wyraźnego programu politycznego.

Główna zmiana polega nie na tym, że Gen Z czyni metal „bardziej lewicowym” czy mniej subkulturowym, lecz na tym, że oddziela ono prawo do przynależności do sceny od obowiązku przyjęcia całego jej pakietu kulturowego, behawioralnego i politycznego. Estetyka zostaje, podczas gdy dyscyplina stopniowo traci władzę.

Jak stary metal stał się muzyką młodych

Dla lepszego zrozumienia związku między pokoleniem dzieci a odrodzeniem zainteresowania muzyką ich rodziców wybrałem kilka recenzji.

Temat rozwija się w nich chronologicznie: od pierwszych obserwacji wchodzenia Gen Z w starą subkulturę po już ukształtowaną młodzieżową scenę death metalową.

A zatem:

  1. Tobias Holst, „Przyszłość należy do młodych”, Devilution (1, 2, 3), 27 marca 2021 roku. Holst rozmawia z „metalowcami” w wieku 14–22 lat i pokazuje, że historia metalu jest dla nich dostępna tu i teraz w pełnym zakresie. Gusta respondentów obejmują Deep Purple, Judas Priest, Iron Maiden, Metallicę, Panterę, Mayhem, Slipknot i współczesny metal ekstremalny. Jeden z nastolatków doszedł do starego Judas Priest przez nowszą muzykę, a potem przesłuchał całą dyskografię. Metal zachowuje funkcję psychologiczną – daje język dla agresji, lęku i odgraniczenia się od mainstreamu. Ale młodzi słuchacze swobodniej przechodzą między gatunkami i mniej zależą od subkulturowej „czystości”.
  2. Dekai Averett, „Zoomerzy-metalowcy tworzą bardziej inkluzywną subkulturę”, The Arrowhead, 25 kwietnia 2022 roku. Averett opisuje zmianę mechanizmu wchodzenia w metal: zamiast czasopism, starszych kolegów i lokalnej sceny coraz ważniejsze stają się internet, telewizja i media społecznościowe. Wraz z muzyką wracają ciemne ubrania, koszulki zespołów i kolczyki, ale młodzi „metalowcy” są mniej skłonni do gatekeepingu i podziału na „true” i „pozerów”. Jeden ze starszych rozmówców wspomina, że kiedyś był dumny ze znajomości mało znanych zespołów i pogardzał muzyką popularną. Młodsi respondenci kwestionują samo prawo do określania, kto może nazywać się „metalowcem”.
  3. Michael Pementel, „Sześć najlepszych nowych zespołów death metalowych lat 20.”, Loudwire, 28 kwietnia 2025 roku. Pementel opisuje rewitalizację death metalu oraz to, że równolegle rozwijają się mieszanka deathu z hardcorem i punkiem oraz old-school revival o surowszym brzmieniu. Tribal Gaze, Undeath, 200 Stab Wounds, Frozen Soul, Molder i inni pracują ze spuścizną Entombed, Immolation, Morbid Angel, Bolt Thrower, Obituary i Autopsy, ale nie kopiują jej po prostu. Dla tematu pokoleń najważniejsze jest to, że nowa fala zespołów przyprowadza na scenę death metalową młodszą publiczność.
  4. Penfold, „Nowa fala: dlaczego tradycyjny heavy metal przeżywa wielki powrót”, Loaded Radio, 20 października 2025 roku. Centralnym zjawiskiem jest tu NWOTHM: Eternal Champion, Haunt, Night Demon, Visigoth, Skull Fist, Smoulder i inni przywracają riffy, wysokie wokale, fantasy na okładkach i epickie obrazowanie lat 80. Penfold tłumaczy renesans połączeniem nostalgii, kultury festiwalowej i cyfrowej dostępności. Spotify, Bandcamp i YouTube pozwalają młodemu słuchaczowi odkryć obok siebie Iron Maiden i mały współczesny zespół undergroundowy, a powrót tradycyjnego heavy jawi się jako poszukiwanie autentyczności, żywego wykonania i muzycznego rzemiosła.
  5. Mervi Vuorela, „Jak death metal stał się gatunkiem nr 1 w młodzieżowej kulturze metalowej”, GramexPress, 2026 rok. Materiał opisuje trzecią falę fińskiego death metalu, którą tworzą muzycy w wieku 15–22 lat. Cryptic Hatred, Azatoth, Malformed, Whisper i inni orientują się na Morbid Angel, Deicide i Cannibal Corpse, choć urodzili się znacznie później niż pierwszy rozkwit gatunku. Młodzi muzycy wiążą wzrost zainteresowania ostrzejszą muzyką z pandemią, izolacją, strachem i agresją. Jednocześnie tworzą studia DIY, koncerty i festiwale, cenią nośniki fizyczne i łączą estetykę old-school z safe space i zasadami antyfaszystowskimi. To już nie tylko słuchanie starych płyt, lecz odtwarzanie społecznej infrastruktury sceny.

Razem te pięć tekstów rejestruje ważne przejście: jeśli na początku lat 20. XXI wieku Gen Z jawi się jeszcze przeważnie jako nowy słuchacz ogromnego metalowego archiwum, to po kilku latach tworzy już własne zespoły, koncerty, festiwale i infrastrukturę DIY – czyli przechodzi od konsumpcji muzyki rodziców do pełnoprawnego odtwarzania sceny na własnych warunkach.

Nie powrót, lecz złożenie na nowo

Główny problem z terminem „powrót” polega na tym, że „metal” nigdzie nie zniknął. Owszem, po utracie dawnego miejsca w kulturze masowej rozpadł się na dziesiątki scen, festiwali, wytwórni, lokalnych wspólnot i mikrogatunków.

Ale w latach 20. XXI wieku stała się widoczna zmiana pokoleń. Ludzie, dla których Metallica, Iron Maiden, Morbid Angel czy Mayhem to nie wspomnienia z młodości, lecz historyczne nagrania, wchodzą na scenę jako słuchacze i muzycy.

Kiedy pięćdziesięcioletni człowiek kupuje wznowienie albumu z 1986 roku, jego nostalgia przypomina fontannę. Kiedy kasetę old-school death metalu kupuje siedemnastoletni słuchacz – powód jest inny. Dla niego to nie własna przeszłość, lecz alternatywna współczesność. Kultura cyfrowa uczyniła historię muzyki dostępną i jednocześnie osłabiła jej przywiązanie do pokoleń. Właśnie dlatego brudne brzmienie staje się wyborem estetycznym, kaseta – cennym przedmiotem, a wysłuchanie albumu od początku do końca – alternatywą wobec nieskończonego strumienia algorytmicznego.

Można zatem twierdzić, że Gen Z nie restauruje starej subkultury. Przynajmniej nie w całości. Może odtwarzać brzmienie lat 90. i odrzucać gatekeeping lat 90.; nosić stare koszulki, ale nie przyjmować poglądów politycznych muzyków; zachwycać się radykalną estetyką i jednocześnie domagać się innych reguł zachowania na koncertach. Dlatego zachodzi nie restauracja, lecz złożenie tradycji na nowo.

Dlatego teraz, na końcu tekstu, rozumiem, że pytania „dlaczego zoomerzy wrócili do metalu?” i „czy zoomerzy przywrócili metal?” są sformułowane nie całkiem poprawnie.

Oni nigdzie nie wracali, bo on nigdzie nie zniknął. Dostali ogromne archiwum bez układu współrzędnych, w którym kiedyś istniało. Dla nich lata 70., 80., 90. i 20. XXI wieku leżą na jednym ekranie.

Dlatego Gen Z nie restauruje starej subkultury metalowej, lecz składa ją na nowo pod siebie – odtwarza brzmienie, obrazy i materialność przeszłości, jednocześnie odrzucając część jej hierarchii, ustawień politycznych i reguł subkulturowej „czystości”.

A TikTok, YouTube, Spotify i inne cyfrowe platformy stały się głównymi pośrednikami tego procesu. Nie przywróciły metalu z niebytu, lecz otworzyły nowemu pokoleniu jego ogromne archiwum. I tym samym dały starej subkulturze nie drugie życie, lecz nową młodość.

Myroslav Tchaikovsky
пишет об археологии na SOCPORTAL.INFO

Niezależny badacz, interesuje się archeologią i geografią sakralną. Bada je i pisze o nich.

Wiadomości na ten temat

Popularne wiadomości

Wiadomości o wojnie

Najnowsze wiadomości