Przewidywanie zjawiska „trampizmu” w powieści Roberta Silverberga „Stacja Hawksbill”


W 1968 roku Robert Silverberg wysłał politycznych przeciwników autorytarnego reżimu miliard lat w przeszłość. Dzisiaj jego eklektyczny „kapitalizm syndykalistyczny” jawi się jako przerażające przeczucie nadejścia trumpizmu — z kultem stabilności, dominacją korporacji, kontrolą nad informacją i izolacjonizmem.
Robert Silverberg — jeden z najbardziej znanych pisarzy fantastyki drugiej połowy XX wieku. Posiadacz tytułu „Grand Master”. Laureat nagród „Hugo”, „Nebula” i „Locus”. Większości miłośników fantastyki znany jest dzięki serii powieści o Madżipurze.
Rok 1968 to przełomowy rok w historii XX wieku. „Wiosna praska” w Czechosłowacji; „Czerwony maj” we Francji; zabójstwa Martina Luthera Kinga i Roberta Kennedy’ego w Stanach Zjednoczonych; ofensywa Vietcongu oraz wejście „Apollo 8” na orbitę Księżyca.
Nie jest więc zaskakujące, a być może nawet symptomatyczne, że koniec „burzliwych lat 60.”, ten prolog do „niepokojących lat 70.”, zrodził tak wyjątkowy jak na ówczesną fantastykę tekst, jakim jest „Stacja Hawksbill”. Potem pojawią się Ursula Le Guin i Michael Moorcock, Thomas Dish i John Brunner.
30 lat temu
Najpierw jednak pojawiło się dzieło, które na terenach byłego ZSRR ukazało się w wersji rosyjskojęzycznej w 1993 roku. Chodziłem wówczas do szkoły i znajdowałem się, że tak powiem, na etapie aktywnego kształtowania tożsamości. Raczej nie potrafiłem odróżnić prawicy od lewicy. Myślę, że sami politycy nie mieli wówczas pojęcia o spektrum politycznym.
W tamtym czasie stałem przed zupełnie innym zadaniem, a mianowicie – zdobyciem pieniędzy na te 10–15 kiepskich rosyjskich tłumaczeń zagranicznych autorów fantastyki, które sprzedawano obok mydła, papierem toaletowym i Bóg wie czym jeszcze na dziesięciu metrach kwadratowych ogromnego szarego budynku w jeszcze bardziej szarym centrum administracyjnym małego miasteczka pod Kijowem.
Książki te przyciągały mnie jakąś magiczną siłą. Prawdopodobnie dlatego prawie codziennie chodziłem je oglądać. Stałem i ze smutkiem wpatrywałem się w książki, mydło, papier oraz równie smutną sprzedawczynię, ponieważ w ogromnej sali byliśmy tylko we dwoje. Później udało mi się gdzieś zebrać aż 80 (!) kuponów – hrywny wtedy jeszcze nie było – i przyniosłem do domu „Kowadło czasu” Silverberga oraz „Czarodzieja Ziemomorskiego” Ursuli Le Guin.
Tłumaczenia były kiepskie, a tematyka – skomplikowana. Niemniej jednak przebrnąłem przez obie książki i choć Ursula pozostała w przeszłości, to Silverberga nadal czytałem.
I oto niedawno, kierowany nostalgią, ponownie przeczytałem „Kowadło czasu” właśnie jako dzieło ideologiczne. Perspektywa, z której przyglądałem się tekstowi, składa się z czterech części:
- Związek między tekstem a kontekstem.
- Charakter reżimu przedstawionego w utworze.
- Charakter ideologii opozycyjnej.
- No i, właściwie, wizerunek głównego bohatera.
Tekst i kontekst
Zacznijmy zatem. Pomimo tego, że samo dzieło jest dość niewielkie, pełna analiza ideologiczna jego treści stanowi złożony proces.
„Stacja Hawksbill” (ang. Hawksbill Station) to powieść science fiction autorstwa Roberta Silverberga, opublikowana w 1968 roku. Krótko mówiąc, jest to opowieść o politycznym wygnaniu, osadzona na tle cechy, która jest niemalże podstawową cechą każdego prawdziwego rewolucjonisty – odporności psychicznej.
Jak się okazuje, to właśnie ona staje się najcenniejszym zasobem dla tych, których reżim zesłał do obozu położonego miliard lat przed naszą erą, w późnym kambrze. W czasie i miejscu, gdzie nie ma nic poza skałami, wodą i trylobitami.
Oczywiste jest, że szara woda, szare skały, szare niebo i całkowity brak czegokolwiek innego, a przede wszystkim – szans na powrót, rok po roku wyczerpują psychikę obozowej wspólnoty.
Jej członkowie, z których większość wyznaje różne lewicowe poglądy, radzą sobie z samoorganizacją, jednak monotonia i brak perspektyw stopniowo pozbawiają zdrowego rozsądku to jednego, to drugiego członka społeczności.
Przyczyną, dla której trafili do obozu, jest stopniowa degradacja demokracji w Stanach Zjednoczonych oraz ustanowienie w 1984 roku tak zwanego „reżimu syndykalistów”.
Oczywiste jest, że obraz ponurej przyszłości w powieści Silverberga wynika z kontekstu, w jakim ją pisał. Kontekstu, w którym słowa „prawa człowieka” i „totalitaryzm” były nie tyle ideologicznymi frazesami, co aktualnymi hasłami z jednej strony, a z drugiej – poczuciem nadchodzącego konserwatywnego zwrotu.
Trudno, a dokładniej rzecz biorąc, niemożliwe jest stwierdzenie, czy w powieści zawarty jest faktycznie element prognostyczny, czy też autor po prostu trafił w sedno. Co więcej, sądząc po wszystkim, trafił nie tyle w Reagana i Thatcher, co w Trumpa i Muska.
Charakter reżimu
Istnieje kilka powodów, dla których uważam przedstawiony w powieści „reżim syndykalistów” za prototyp trumpizmu.
Po pierwsze, jest to dość złożony, mozaikowy, eklektyczny i sprzeczny system, zwany „kapitalizmem syndykalistycznym”, który powstał w wyniku kryzysu konstytucyjnego z lat 1982–1984.
Jej główną cechą charakterystyczną jest połączenie metod scentralizowanego zarządzania z gospodarką kapitalistyczną. W tym miejscu nasuwa się analogia do jakiejś odmiany socjaldemokracji lub, raczej, do czegoś podobnego do współczesnego „modelu chińskiego”, jednak tak nie jest.
A oto dlaczego.
„…Nowych władców nie można było nazwać ani konserwatystami, ani liberałami. Wyznawali oni filozofię aktywnego rządu, kładąc nacisk na roboty publiczne i scentralizowane rządy, dlatego można ich było uznać za marksistów.
Jednak sami byli prawdziwymi kapitalistami, nalegającymi na dominację sektora prywatnego w gospodarce. Była to, delikatnie mówiąc, niezwykle eklektyczna ideologia” – pisze o nich autor.
Na co Janet, przyjaciółka Barretta, odpowiada: „Nie da się połączyć keynesowskiego kapitalizmu z rooseveltowskim socjalizmem, nazwać tej mieszanki kapitalizmem syndykalistycznym i liczyć na to, że dzięki niej uda się zarządzać krajem tej wielkości” – choć w oryginale mówi ona: You can’t paste together McKinley capitalism and Roosevelt socialism…
Innymi słowy, chodzi o niemożność organicznego i równoczesnego współistnienia orientacji na dziki kapitalizm XIX wieku oraz kursa Roosevelta.
Po drugie, istotnym elementem ideologii państwowej „syndykalistów” jest priorytet stabilności nad wolnością. Właśnie tym reżim uzasadnia represje.
„…Byli oni również przekonani o konieczności tłumienia różnic zdań w imię harmonii społecznej, co nie współgrało z ideologią liberałów” – kontynuuje autor.
W istocie reżim opiera się na dwóch filarach: tajnej policji i kontroli nad informacją.
„Po pierwsze – utrzymuje tajną policję, która nie cofa się przed niczym i z jej pomocą tłumi opozycję. Po drugie – ściśle kontroluje wszystkie środki masowego przekazu, a tym samym utrwala swoją władzę, wbijając obywatelom do głowy przekonanie, że nie mają innego wyboru” – mówi Jack Bernstein, który później sam przejdzie na stronę reżimu.
Po trzecie, chodzi o pragmatyzm gospodarczy i „państwo powszechnego dobrobytu”.
Chodzi o nastawienie na postęp techniczny i dobrobyt gospodarczy, które – zdaniem głównego bohatera – w znacznym stopniu zmarginalizowały idee rewolucyjne wśród ludności kraju.
„Kto w ogóle jest obecnie przeciwny rządom syndykalistów? Kraj kwitnie. Większość ma stałą pracę. Podatki są niskie. Strumień cudów technicznych, który się przerwał, znów się wznowił…” – myśli główny bohater po dwudziestu latach swojej walki.
Po czwarte, polityka zagraniczna.
W tej dziedzinie „syndykaliści” przedstawiają się jako zagorzali reakcjoniści, zwolennicy polityki izolacjonistycznej i patologicznego antykomunizmu.
Jednak nawet ten dość oczywisty zestaw ideologemów nie przekonuje części bohaterów książki, co wyraża się w zdaniu: „To w ogóle nie jest ideologia… To po prostu banda brutalów o silnych pięściach, którym poszczęściło się znaleźć próżnię władzy i ją wypełnić. Nie mają żadnego podstawowego programu rządowego. Po prostu robią to, co… jest konieczne, aby jak najdłużej utrzymać się przy władzy”.
„Syndykalizm” to trumpizm
Podsumujmy wymienione powyżej cechy:
- Kapitalizm oparty na systemie jednopartyjnym – „rządzie syndykalistów”.
- Brak opozycji jako warunek harmonii społecznej.
- Kontrola nad mediami i instytucjami represyjnymi.
- Technokratyzm, nastawienie na zysk.
- Izolacjonizm geopolityczny.
Teoretycznie, powtórzę, przypomina to współczesne Chiny lub któryś z „azjatyckich tygrysów” na wczesnych etapach ich rozwoju. Istnieje jednak jedno istotne „ale”. Jest nim izolacjonizm, świadome odrzucenie globalizacji jako czynnika rozwoju i oznaki postępu.
A teraz proszę zastąpić wszystkie pięć punktów następującymi:
- Krytyka „demokratów”, centralizacja władzy, wymóg lojalności.
- Mniej opozycji z jej „polityką tożsamości”.
- „Fake news” jako „przysłówek” oraz odrobina ICE z jej „polowaniem na imigrantów”.
- MAGA i America First z ich jawnym archetypem kupieckim, ucieleśnionym w zamiłowaniu do zawierania transakcji. Do tego presja „korporacyjnej Ameryki” w osobach tak zwanych „technofaszystów”.
- Doktryna DONRO z jej dążeniem do podziału planety na strefy wpływów i dominacji we własnym sektorze.
Odnosi się wrażenie, że pod względem ideologicznym reżim syndykalistów to totalitarny kapitalizm technokratyczny, wykorzystujący gwarancje społeczne i sukces gospodarczy do legitymizacji swojej kontroli nad jednostką.
Centralizacja władzy, dążenie do kontroli, prześladowanie przeciwników, orientacja na zysk oraz izolacjonizm praktycznie bezbłędnie wskazują na współczesny trumpizm, który dąży do zmonopolizowania funkcji zarządzających, wyparcia przeciwników i powrotu do pewnego rodzaju „złotą” epokę autokracji.
W istocie „reżim syndykalistów” w powieści „Obóz Hawksbill” z 1968 roku to technokratyczne skrzydło ruchu MAGA, które dąży do zarządzania Stanami Zjednoczonymi jak korporacją – lub kilkoma korporacjami. U Silverberga rolę korporacji pełnią syndykaty. Nazwa jest inna – istota pozostaje ta sama. Na ich czele stoi Rada Syndykalistów, której przewodniczy Kanclerz. Czyż nie jest to marzenie Trumpa i technofaszystów z ich korporacjami-syndykatami?
Ideologia opozycyjna
Idźmy dalej. Kolejną dość istotną cechą wskazującą na faszystowski charakter reżimu syndykalistów jest charakter represji. A dokładniej – ich ofiary.
W powieści są to lewicowcy. Bardzo zróżnicowani, bardzo różni, ale w przeważającej mierze – lewicowcy. W szczególności wśród nich jest wielu komunistów.
„Tutaj komunistów jest pełno… We wszystkich odcieniach, od bladoróżowego po krwistoczerwony. Nieustannie rozprawiają o względnych zaletach Płekhanowa i Che Guevary…” – mówi Norton, „doktryner z kręgu Chruszczowa o skłonnościach trockistowskich” (!).
Jego marzeniem jest, by reżim wysłał „reakcjonistę prosto od Adama Smitha”, prawdopodobnie zwolennika wolnego rynku.
Z kolei Mel Rüdiger jest nieco otyłym anarchistą, a Ken Bellardi – nihilistą.
Poglądy ideologiczne samego Barretta są mniej jasne, ponieważ zaczynał on w grupie, która – parafrazując jednego z bohaterów utworu – „w swojej orientacji politycznej skłania się ku prawej części spektrum”.
„Właściwie nasza grupa jest antykomunistyczna, ponieważ opowiadamy się za minimalną ingerencją państwa w życie prywatne i myśli.
W tym sensie jesteśmy raczej anarchistami. Można nas nawet nazwać prawicowymi radykałami” – mówi.
Z tego co jednak rozumiem, nie chodzi tu o współczesną definicję „prawicowego radykalizmu”, lecz o coś zbliżonego do libertarianizmu lub socjalliberalizmu.
W pewnym stopniu przypomina to popularną w latach „zerowych” koncepcję „trzeciej drogi”, ale jedynie w ogólnym zarysie.
„Jesteśmy tak daleko od prawdziwej lewicy, że moglibyśmy stanowić jej prawe skrzydło, i tak daleko od prawicy, że moglibyśmy stanowić jej lewe skrzydło” – mówi Jack Bernstein.
W istocie sugeruje on, że stare, nowoczesne ideologie straciły sens. Co ciekawe, zarzut, jaki stawia on „reżimowi syndykalistów” – eklektyczność – w nie mniejszym stopniu odnosi się również do ruchu podziemnego. Który, warto zauważyć, na początku swojego istnienia był określany jako „kontrrewolucyjny” — jako antyteza „rewolucji syndykalistycznej” — a później już jako rewolucyjne.
Istota procesu politycznego jest prosta: porządek konstytucyjny w Stanach Zjednoczonych ulega rozpadowi. Do władzy w wyniku zamachu stanu dochodzą przedstawiciele wielkiego biznesu. Przeciwstawiają się im różne ugrupowania lewicowe – od antykapitalistów po bojowników o prawa obywatelskie.
Oczywiście nie jest to dokładny obraz dojścia do władzy i funkcjonowania trumpizmu, jednak liczba zbieżności, przewidzianych niemal 60 lat temu, jest po prostu oszałamiająca.
Represje jako metoda
Idźmy dalej. W powieści Silverberga syndykaliści deportują przeciwników politycznych. Trumpizm – migrantów, którzy często stanowią bazę społeczną jego przeciwników politycznych. Łączy ich jedno – wygnanie poza granice kraju, w czasie lub przestrzeni, jako rzekomo humanitarna metoda walki.
„Rząd był zbyt cywilizowany, by skazywać ludzi na śmierć za działalność wywrotową, i zbyt tchórzliwy, by pozwolić im pozostać przy życiu na wolności. Kompromisem okazało się pogrzebanie żywcem w obozie Hawksbill” – czytamy w książce.
Istnieje ku temu możliwość. Jest to wehikuł czasu, wynaleziony przez genialnego Edmonda Hawksbilla, aby wysyłać przeciwników politycznych na bezpowrotne wygnanie.
Istnieje jednak problem: podróż jest możliwa tylko w jedną stronę – w przeszłość, co sprawia, że stacja staje się „wysypiskiem rewolucjonistów”.
Przynajmniej na długi czas. Aż do samego końca książki.
***
I na koniec. Kim jest Jim Barrett – „niekoronowany król” stacji? Przebywa w Kambrii już od 20 lat, dłużej niż ktokolwiek inny. Dlatego – choć nie tylko z tego powodu – jest autorytetem moralnym dla społeczności więźniów politycznych.
W przeszłości był zresztą przywódcą ruchu podziemnego na całym wybrzeżu, a obecnie jest kaleką ze zmiażdżoną nogą, który między innymi stara się uchronić swoich ludzi przed szaleństwem.
A szaleństwo staje się coraz częstszym gościem na stacji. I, szczerze mówiąc, nie jest to zaskakujące: życie w plastikowych chatach i posiłki w postaci gulaszu z trylobitów – nie są najlepszym sposobem na zachowanie zdrowia psychicznego. Zwłaszcza gdy wokół nie ma nic więcej.
W związku z tym głównym problemem stacji są zaburzenia psychiczne spowodowane izolacją oraz, dla części jej mieszkańców, brak kobiet. Zostały one przeniesione o kilkaset milionów lat w przeszłość, do innego okresu.
Być może właśnie dlatego Ned Altman próbuje ulepić kobietę z błota i zgniłego mięsa mięczaków.
Don Latimer medytuje w poszukiwaniu portalu umożliwiającego ucieczkę.
Natomiast najbliższy przyjaciel Barretta, który spędził w obozie zaledwie osiem lat, Bruce Valdosto, popada w całkowitą psychozę.
Później spokój stacji zakłóca przybycie Lewa Hanna – zbyt młodego i „ideologicznie podejrzanego” więźnia, który, jak się okazuje, nie posiada nawet podstawowej wiedzy na temat nurtów ideologicznych. Początkowo Barrett i jego otoczenie podejrzewają, że Hann jest szpiegiem, a ostatecznie okazuje się, że tak właśnie jest.
Złapany na gorącym uczynku Hann opowiada o nowej rewolucji, która miała miejsce kilka lat temu. O upadku reżimu syndykalistów, a przede wszystkim o błędach w równaniach Hawksbilla, którego Barrett znał.
Obecnie udoskonalona teoria temporalna umożliwia przemieszczanie się w czasie w obu kierunkach. To wspaniała wiadomość, ponieważ „na górze” podjęto decyzję o powrocie więźniów i ich resocjalizacji.
Wszystkich. Z wyjątkiem Barretta, który nie ma już nadziei na ponowne spotkanie z Janet. Poza tym nie ma on żadnych szczególnych spraw do załatwienia w XXI wieku.
Ta, pozornie dość prosta książka, opowiada o WYBORZE, którego główny bohater dokonuje DWUKROTNIE. I za każdym razem – na rzecz idei, na rzecz człowieka.
Po raz pierwszy – w wieku 16 lat, kiedy postanawia dołączyć do grupy rewolucyjnej.
Po raz drugi, już w podeszłym wieku – kiedy postanawia pozostać na stacji.
Motywy jego wyboru są różne, ale łączy je wspólny mianownik – poświęcenie. Jedna z najbardziej cenionych cech w ludzkim etosie.
***
Dodatek
Jedną z kwestii pojawiających się w całej powieści są poglądy samego Barretta. Charakteryzują się one ewolucyjnością w tym sensie, że są pozbawione dogmatyzmu i sztywności.
Ewoluują one od młodzieńczej obojętności ku aktywnemu radykalizmowi, a następnie – ku całkowitej apatii politycznej i humanistycznemu przywództwu.
Jego młodość jest pragmatyczna i przepełniona obojętnością polityczną. W wieku 16 lat interesuje się dziewczynami i piwem i nie widzi w tym żadnego problemu etycznego.
Później dołącza do grupy, której ideały polityczne są dość eklektyczne, ale – co najważniejsze – antyautorytarne.
Barrett dorasta i zostaje koordynatorem. Systematycznie przygotowuje się do rewolucji, ale nie zgadza się na nawoływania do stosowania terroru i zabójstw politycznych.
Następnie uświadamia sobie, że działalność konspiracyjna staje się dla niego nawykiem, podczas gdy rzeczywiste drogi do zmian pozostają równie nieosiągalne. Dostrzega u siebie zawodową deformację oraz utratę zainteresowania ostatecznym celem – rewolucją.
Na wygnaniu całkowicie odchodzi od polityki i skupia się na zapewnieniu przetrwania społeczności więźniów politycznych.
Powraca do pragmatyzmu z czasów swojej młodości, ale już pod innym hasłem. Teraz kieruje nim altruizm, który nie był charakterystyczny dla tamtej młodości. To właśnie on skłania Barretta do pracy na rzecz obozu, do opieki nad słabszymi towarzyszami i w końcu – do pozostania na stacji.
Jeśli chodzi o jego poglądy ideologiczne, zaryzykowałbym umieszczenie ich w pewnym lewicowo-libertariańskim, antyautorytarnym kontinuum.
W tekście kilkakrotnie używa on terminów wskazujących przynajmniej na jego wykształcenie ideologiczne.
W szczególności, gdy Barrett próbuje prowadzić dyskusję polityczną z nowicjuszem, Lewem Hannem, zdaje sobie sprawę, że po dziesięcioleciach spędzonych w obozie jego wiedza teoretyczna znacznie osłabła.
„Przez lata spędzone w obozie mój marksizm poważnie zardzewiał” – myśli.
Nie oznacza to jednak, że jest komunistą. Przede wszystkim Barrett używa terminu „marksizm” jako profesjonalnego wyznacznika, aby zrozumieć, do jakiej konkretnie grupy należy Lew Hann.
„A orientacja ekonomiczna? Czysto marksistowska czy jedna z odmian marksizmu?” – pyta.
Właśnie dlatego, że Hann plątał się w odpowiedziach i nie potrafił odróżnić Keynesa od Ricarda, Barrett ostatecznie przekonał się: nie ma przed sobą prawdziwego rewolucjonisty-ekonomisty.
Ponadto używa on słowa „bolszewizm”, choć wydaje się, że raczej w sensie figuralnym.
„Straciłem wiarę w to, że kiedykolwiek uda nam się obalić rząd, i zdałem sobie sprawę, że po prostu płynąłem z prądem… marnując swoje życie na urzeczywistnianie bezowocnego bolszewickiego marzenia, zachowując przy tym radosny wyraz twarzy, by nie odstraszyć młodzieży od ruchu” – myśli podczas aresztowania.
W tym kontekście „bolszewickie marzenie” jest dla niego przestarzałym, nierealistycznym ideałem XX wieku, który próbował zaszczepić ludziom w XXI wieku.
W ten sposób Barrett nie jest „lewicowcem” w klasycznym, komunistycznym rozumieniu, ponieważ jego grupa odrzucała kontrolę państwa. Najprawdopodobniej jest on anarchistą-rewolucjonistą.
Stąd też wynika jego wiara w wolność, o którą walczył.
A także solidarność, którą praktykował po wyjściu z więzienia.
- Śmierć Lindsey’ego Grahama: Zełenski i Trump zareagowali na śmierć senatora
- Niemcy zareagowały na decyzję Trumpa o wycofaniu 5000 amerykańskich żołnierzy
- Łukaszenka powiedział, że Trump go słucha
- Republikanie ogłosili nowego lidera, który zastąpi Trumpa
- Trump chce pozbawić niektóre kraje NATO praw wynikających z artykułu 5 - The Telegraph
Niezależny badacz, interesuje się archeologią i geografią sakralną. Bada je i pisze o nich.











